14 kwietnia, 2021

[Recenzje R24] King Crimson „Meltdown” Live in Mexico – recenzja subiektywna

fot: AmazonMusic


Kiedy w Polsce rozgorzała dyskusja o wyższości disco na rock’n rollem i jak bumerang powróciły tematy stare jak świat, postanowiłem uciec od całego tego bezproduktywnego zgiełku i powrócić do autentycznej, jeszcze żywej historii muzyki – a jakże, żywej i nieprawdopodobnie żywotnej. Oto moja próba recenzji jednego z ostatnich dokonań King Crimson w nowym rozszerzonym składzie.

Trochę o ludziach

„Meltdown” to jeden z serii koncertów zarejestrowanych podczas ostatniej wielkiej trasy Królów. Wydany pięknie, bo w aż trzypłytowym zestawieniu, podobnie jak „Live in Chicago” i „Live in Vienna” – wszystkie bardzo bogate w największe przeboje zespołu, zaaranżowane w składzie powiększonym o dwa zestawy perkusyjne. Oprócz Pata Masteloto, stałego bębniarza crimsonów, mamy tu Jeremy’ego Stacy – brytyjskiego perkusistę związanego niegdyś z Eurythmics, The Lemon Trees oraz Sheryl Crow oraz prawdziwego „rodzynka” w tym składzie – Gavina Harrisona – byłego perkusistę Porcupine Tree. Całe to bębniące trio nadaje niepowtarzalny, niesamowicie oryginalny charakter najstarszym utworom King Crimson, – one zyskują dzięki nim nowe, arcyciekawe brzmienie. Na gitarach basowych oraz sticku posłuchamy niezapomnianego, odświeżonego w tym zespole Tony’ego Levina, na saksofonie, klarnecie i innych instrumentach dętych drewnianych i tu zaskoczenie, bo po wielu latach powrócił Mel Collins, – tak on wciąż żyje, a dźwięki jego instrumentów nadają niepowtarzalnego, poetyckiego klimatu tej muzyce. Instrumenty klawiszowe, syntezator i melotron obsługuje Billy Rieflin znany min ze współpracy z R.E.M i Nine Inch Nails. Sporym zaskoczeniem i bardzo ciekawym odkryciem dla zespołu był wokalista Yakko Yakszyk, który dołączył doń w 2013 roku. Ten pochodzący z Wysp Brytyjskich muzyk, kompozytor i producent urzeka pięknym, łagodnym głosem, pasującym szczególnie do najstarszych przebojów grupy. Dał się poznać jako założyciel i wokalista zespołu 21st Century Schizoid Band wykonującego covery King Crimson. Całości składu dopełnia oczywiście Robert Fripp, gitarzysta, kompozytor i aranżer dzierżący niepodzielną władzę na tronie Karmazynowego Króla od ponad pięćdziesięciu lat. Cały ten ośmioosobowy skład wykonuje 41 utworów, rozłożonych na trzy krążki.

O muzyce i nie tylko

Po przedstawieniu niecodziennego składu muzyków pora pochylić się nad efektem ich pracy. Jedno jest pewne, – mimo iż są to instrumentaliści niemal doskonali, słychać w tej muzyce ogrom włożonej pracy nad aranżacją, brzmieniem i wykonaniem. Od razu staje się oczywiste, że mamy do czynienia z pierwszoligowymi i doświadczonymi artystami – wystarczy wsłuchać się w pierwszy numer – „Larks’ Tongues in Aspic”, żeby nabrać powietrza i wypuścić je przy neurotycznej „Neurotice”, aby znów stracić oddech słuchając „Cirkus” – samo to zestawienie jest jak lot z prędkością światła w trzy epoki, – cóż za przeskok, lata 70-te, 80-te i na powrót początek 70-tych, – niesamowite i jaka przy tym lekkość, a to dopiero pierwsze 20 minut koncertu… Potem już „Down Song” i „Prince Rupert’s Lament”, a po nich mój ulubiony, długo wyczekiwany „Red”, pięknie i brawurowo zagrany, co z wdzięcznością odebrała słyszalna, a jakże publiczność. Wyobrażam sobie reakcje chociażby Kurta Cobaina, który niejednokrotnie dzielił się zachwytem nad płytą z „czerwonym tytułem”. „Fallen Angel” tylko potwierdza wciąż płonący ogień w duszy zespołu, absolutnie nie „bierze jeńców” podtrzymując wysokie ciśnienie w krwioobiegu, a wszystko to należy pamiętać przy akompaniamencie trzech perkusistów wymieniających się często akcentami, triolami, to znów bębniących unisono, żeby za chwilę się rozdzielić i operować jakby z trzech różnych perkusyjnych światów. I tak poprzez rozbębniony i zbasowany „Talking Drum” docieramy do naszej epoki wsłuchując się w „The ConstruKction of Light”. I tak jak matematycznie przewidywalny Robert Fripp, siedzący wciąż w tym samym miejscu z gitarą z łączem midi generujący piękne morze padów i dźwięków, wydaje się być niewzruszony, tak Jakko Jakszyk zachwyca lekkością śpiewu, pięknego i epickiego tonu we właśnie słuchanym przeze mnie „Epitaph”. Ten utwór jest jakby stworzony właśnie dla niego, nawiasem mówiąc, może nie przesadzę, jak napisze, że właśnie tak wyobrażałem sobie „nabór” wokalisty sprzed siedmiu lat – Fripp poprosił Yakko o zaśpiewanie „Epitaph”…, – ten utwór naprawdę łączy pokolenia, on ciągle brzmi świeżo, poetycko, monumentalnie, ale jednocześnie tak lekko, po tylu latach. A kiedy już dojeżdżam do „Easy Money” przekonuję się ostatecznie o Yakko jako godnym następcy nie tylko Greg’a Lake’a ale i Johna Wettona. Nie da się także pominąć, albo nie usłyszeć miarowego oddechu tej muzyki, granej przecież na żywo, a to za sprawą Tony’ego Levina, basisty już kilkukrotnie powracającego do King Crimson w jego historii. Basista związany przez wiele lat z Peterem Gabrielem, nie pozostawia złudzeń, co do wirtuozerii, niesamowitego polotu i dynamiki. Wraz z trzema perkusistami tworzy doskonałą sekcję rytmiczną koncertu. Aby już nie „spojlerować” za mocno, dopowiem tylko na zachętę, że czekają was jeszcze piękne wykonania „Starless”, „In the Court…” i „21st Century…”. Tutaj zakończę tą mało obiektywną recenzję warstwy muzycznej.

Minusy

Na temat słabych stron napiszę krótko. W warstwie wykonawczej, aranżacyjnej bardzo trudno jest je odnaleźć. Za to, subiektywnie oczywiście, zabrakło mi i to bardzo, utworów, choćby jednego z płyty „THRAK”. Nie wiem z czego to wynikło, może to kwestia praw autorskich, – w kompozycje miał ogromny wkład Adrian Belew, może kwestia doboru numerów „pod wokalistę”, – trudno stwierdzić. Zabrakło też moim zdaniem choćby jednego kawałka z płyty „Beat” – pewnie domyślacie się o którym myśle, no ale na pewno wielką stratą jest brak „Three of a Perfect Pair”. Ale cóż, nie można mieć wszystkiego. Tyle jeżeli chodzi o minusy.

Pokolenia

Już kilka razy w życiu zdarzyło mi się rozmawiać z ludźmi ze starszego pokolenia, zakochanych w muzyce 60-cio, a nawet 70-cio latków i każda z tych osób zapytana przeze mnie o muzykę z ich młodości, wśród wielu różnych zespołów wymieniała właśnie King Crimson. Miałem wówczas przedziwne wrażenie, że czas jakby się zatrzymał, a nas dwa albo nawet trzy pokolenia łączą wciąż dźwięki „Epitaph” i „Starless”. Czyż to nie piękne? Jestem od ponad 20 lat wielkim fanem King Crimson. To muzyka, która ukształtowała w pewien sposób mój gust muzyczny, która już po pierwszym odsłuchaniu przeniosła mnie w inną, nieznaną rzeczywistość. Zawsze pomagała mi oderwać się od spraw tego świata i choć łatwa nie jest, bo wymaga od słuchacza ogromnej uwagi, wyobraźni i czasu, tak czasu, – tego, czego nam tak bardzo brakuje, – to mam wrażenie, że zawsze czyniła mnie lepszym, wrażliwszym, bardziej skupionym na istocie rzeczy. Czy to nie są cechy, których brak tak boleśnie odczuwamy dziś, w naszych czasach? Polecam gorąco „Meltdown” Live in Mexico z 2018 roku. Starym słuchaczom, bo to kolejna arcyciekawa odsłona nieśmiertelnej muzyki Crimson’s i nowym, – może właśnie dzięki Robertowi Frippowi i Jego kolegom odkryjecie zupełnie nowy, nieznany, piękny świat prawdziwej muzyki.

„Confusion will be my epitaph. As I crawl a cracked and broken path If we make it we can all sit back and laugh. But I fear tomorrow I’ll be crying…” Peter Sinfield „Epitaph”


Dodaj komentarz

Twój adres email nie zostanie opublikowany. Pola, których wypełnienie jest wymagane, są oznaczone symbolem *